:: » STRONA GŁÓWNA ::

40K Role Play Game
Książki
Gry PC
Bitewniak
FanArt
Terminal
Wyraź Opinię

Co sądzisz o nadchodzącej premierze gry Space Marine?

  • To będzie przełom!
  • Zapowiada się dobrze
  • Zwiastuny mnie nie przekonują
  • Tragedia...

[ Wyniki | Ankiety ]

Głosów: 15

  Herezja nie zostanie odpuszczona: Rozdział dziesiąty "A mury runą"
 :: poniedziałek, 19 marca 2007 - 19:32 :: kategoria: Opowiadania :: Dział: FanArt ::

Herezja nie zostanie odpuszczona
Część Pierwsza przygód Inkwizytora Dragonauda


Rozdział dziesiąty: A mury runą
  40K.pl Poleca!



W którym dokonuje się atak na jeden z
księżyców planety, stanowiący jeden
wielki kompleks więzienny.

To trwało chwilę. Najpierw ostrzał placówki, potem desant piechoty z transporterów.
Zanim zmobilizowano obronę więzienia, atakujący wdarli się do środka kompleksu. Najpierw wpadli do lewego skrzydła, korytarzami wdarli się na wyższe poziomy. Pozabijali strażników i oddziały wyznaczone do ochrony budynku. Uwolnili więźniów i dali im broń. Tłum ruszył ku siedzibie zarządcy, ale mosty zostały podniesione. Po jakimś czasie pojawiły się ciężkie działa, rozpoczęto ostrzał. Oddziały sformowane ze strażników, będących w tym czasie u zarządcy, zajęły dogodne pozycje i ostrzelały napastników. W tym samym czasie, oddział szturmowców opancerzonych na czerwono, tak samo jak reszta wojsk, które uderzyły na więzienie, dowodzony przez byłego kapitana Floty Imperialnej, przedarł się do podziemi, gdzie trzymani byli więźniowie, którzy wiadomi byli jedynie zarządcy....

* * *

Szturmowcy biegli truchtem, prowadził ich mężczyzna z krótką, przyciętą w szpic bródką i ciemnymi blond włosami sięgającymi ramion, na czubku głowy okrytymi czapką. Miał opaskę na lewym oku. Jako jedyny z całego oddziału nie miał czerwonego pancerza, był w czarnym mundurze typowym dla oficerów Floty. Był uzbrojony w pistolet laserowy i szablę. Oddział mijał właśnie kolejną odnogę głównego korytarza, gdy nagle jeden ze szturmowców został rozerwany przez serię z jakiegoś karabinu automatycznego. Mężczyzna w czarnym uniformie zatrzymał żołnierzy ruchem ręki. Ściągnął z głowy oficerską czapkę, plecami dotykając ściany podszedł do rogu, zza którego rozstrzelano żołnierza. Wziął oddech i rzucił nakryciem głowy tak, by przeleciało ono przez całą szerokość odnogi. Nie zdążył tego nawet zarejestrować wzrokiem, gdy czapka leżała na posadzce dymiąca i przestrzelona w kilku miejscach. Mężczyzna gwizdnął z uznaniem. Cokolwiek strzelało, musiało być zamontowane gdzieś tam na stałe i wyposażone w masę czujników ruchu. Człowiek by tak szybko nie zareagował, o precyzji strzału niewspominając. Delikatnym ruchem dłoni, możliwie najciszej odczepił od paska granat przeciwpancerny. Wyciągnął zawleczkę, odetchnął i rzucił w miejsce, gdzie, jak wydawało mu się, było zamontowane działo. Starał się możliwie najszybciej schować rękę, by nie zostać postrzelonym. Nie wiedział jak szybko był w stanie zareagować automat, a perspektywa utraty górnej kończyny nie napawała go optymizmem. Na szczęście, maszyna nie zdążyła wystrzelić. Po chwili w głośnej eksplozji działko, które podziurawiło czapkę i szturmowca odeszło do historii. Żołnierza mógł jeszcze jakoś przeboleć, ostatecznie zginął na służbie, jego duch zapewne połączył się już z Imperatorem. Szkoda mu było czapki. To była naprawdę bardzo ładna czapka.

* * *

Więźniowie w celi poderwali się, gdy do środka wpakował się oddział szturmowców w czerwonych pancerzach. Żołnierze rozglądali się chwilkę, potem ci, którzy weszli do celi, stanęli w karnych szeregach z obu stron drzwi. Po chwili do celi wszedł mężczyzna odziany na czarno, z opaską na oku, której nie zasłaniała spadająca na prawą część czoła ciemna blond grzywka. Mężczyzna przyjrzał się więźniom po kolei. Wyciągnął z kieszeni w kurtce mundurowej jakiś arkusz małego formatu, spoglądał to na kartkę, to na twarze lokatorów celi. Jego wzrok zatrzymał się na zarośniętej twarzy mężczyzny skulonego w kącie. Był przykuty do ściany za ręce. Na nogach też miał kajdany. Ten w czarnym uniformie podszedł do niego, chwycił go za brodę, podniósł twarz na wysokość swojej. Odgarnął kołtuny z czoła więźnia i przypatrzył mu się raz jeszcze.
- Słyszycie mnie? - spytał.
Odpowiedziało mu mętne spojrzenie niebieskich oczu.
- Za pozwoleniem, zabieramy stąd pana. Upomniał się o was stary przyjaciel.
Pytające niebieskie oczy.
Jednooki zamyślił się. Ten człowiek to ruina, nawet jeśli kiedyś coś znaczył, teraz nie jest nic wart. Ale rozkazy, jakie mu wydano, były jasne. I nie mogło ich zmienić coś tak błahego, jak jego własne odczucia. Schował papierek do kieszeni, sięgnął za pas, wyciągnął krótki miecz. Chwycił pewniej broń i precyzyjnym cięciem przeciął kajdany, które przykuwały otępiałego człowieka do ściany. Kolejnym zniszczył ogniwa łańcucha, który spinał metalowe obręcze wokół jego kostek. Podźwignął mężczyznę, który patrzył na niego zaskoczony, zdziwiony, można by rzec, zdezorientowany. Jego konsternacja pogłębiła się tym bardziej, gdy jednooki chwycił go za rękę i pobiegł, rzucając komendę w stronę opancerzonych na czerwono szturmowców. Przemieszczali się tak dłuższą chwilę, klucząc korytarzami, pełznąc plecami przy ścianach, czołgając się, skacząc. Dotarli do jakiegoś małego pokoiku, najpewniej kapliczki. Były tam różne malowidła przedstawiające Astartes, którzy odbili planetę z rąk heretyków, i... I malowidła przedstawiające Boskiego Imperatora. W centralnym miejscu pomieszczenia, był ustawiony na piedestale posążek przedstawiający Nieśmiertelnego. Trzymał oburącz miecz, zwrócony klingą do góry. Rzeźba była wykonana ze złota. Oddział zatrzymał się. Wszyscy stali, wyczekując. Wtem, ściana przed oddziałem została rozsadzona. Witraże zmieniły się w łupki kolorowego szkła, zasłały sobą niemalże całą podłogę. Za ruinami ściany pojawiła się rampa, prowadząca no pokład czerwonej Walkirii. Szturmowcy wbiegali kolejno do środka. Dwóch wzięło za ręce eks więźnia. Ostatni wskoczył do środka jednooki mężczyzna. Rampa zamknęła się za nim głośno. Transporter wystartował, zawadzając skrzydłem o kawałek ściany, który wpadł do środka, zwalając z piedestału wyobrażenie Imperatora. Figurka spadła twarzą do dołu. Przywalił ją gruz i pył.

* * *

Czerwoni szturmowcy, jednooki mężczyzna w czarnym uniformie i były więzień wyszli na płytę hangaru wewnątrz krążownika bitewnego klasy Mars, “Hermana von Straba”. Oczekiwało ich dwóch ludzi, jeden w mundurze Floty, drugi w czerwonym pancerzu ze złotymi elementami. Oddział ustawił się przed nimi w karnym szeregu. Wyłamywał się jedynie otępiały więzień.
Grubas w czerwonym przeszedł się wzdłuż linii, w której ustawili się ludzie, którzy przylecieli nieoznakowaną Walkirią. Zatrzymał się przy jednookim. Po chwili milczenia, zwrócił się do niego:
- Dobra robota, kapitanie. Jak widzę, - spojrzał przelotnie na więźnia - pański transport jest cały i zdrowy. O ile można to powiedzieć o kimś, kto był przetrzymywany przez tego skurwiela, Antonevica, w tych jego zasranych więzieniach dla “recydywistów” - skrzywił się. - Gówno tam, nie recydywa. Zwykli więźniowie polityczni - znów przyjrzał się otępiałemu mężczyźnie. Ale do rzeczy, były problemy?
- Nie, sir. Atak został idealnie skoordynowany. Moja grupa od razu przystąpiła do wykonywania zadania. Jak widać, z sukcesem, jak pozwolę sobie zauważyć.
- Dobrze, kapitanie. Domyślacie się, kogo zleciłem wam uwolnić? Co, jak pozwolę sobie zauważyć, wykonaliście z sukcesem.
- Nie mam pojęcia, sir – odpowiedział, zgodnie z prawdą, jednooki.
- Mykael - rzekł, niby w powietrze, grubas. Otępiały poruszył się. Grubas powtórzył. - Mykael.
- W-woła-wołali-wołaliś-ście mnie? - rzekł, jakby musiał sobie przypominać, jak używa się mowy. Potem, co zajęło mu trochę czasu, zreflektował się, dodał. - Panie.
- Mykael? - wyrwało się jednookiemu kapitanowi. Mężczyzna, już nie otępiały, spojrzał na niego.
- Mykael Kralovec. Obalony przez reżim Prokopa Antonevica, mój druh z czasów Schola Progenium. Jak słusznie się domyślacie, kapitanie, Mykael Kralovec – za każdym razem, gdy wypowiadano jego imię, były więzień zdawał się przypominać sobie kolejne fakty ze swego życia – stał Antonevicowi na drodze do pełni władzy. Tak, to ten sam Mykael Kralovec, były – ku mojemu wielkiemu ubolewaniu – Gubernator Planetarny. Sami się pewnie domyślacie, ale powiem. Po tajemniczym zniknięciu Generała Zeremskiego.... Mówię “tajemniczym”, bo ciągle mamy dużo do wyjaśnienia w tej sprawie. Wracając, po zniknięciu Generała Zeremskiego, Antonevicowi, jako adiutantowi zaginionego, dostało się stanowisko Zeremskiego. Wiecie, planeta była ogarnięta wojną, bez generała zrobiłby się straszny bordel, o ile możliwy byłby większy bordel, od tego, który już wtedy na dobre zagnieździł się na planecie, nad którą stacjonujemy. Stanęliśmy na tym, że Antonevic, psia jego mać, został mianowany, w trybie przyspieszonym, generałem. Ten watażka chciał pełni władzy dla siebie, odkąd tylko posmakował, jak to jest wydawać rozkazy i patrzeć, jak ktoś je wykonuje, chciał dla siebie władzy, bo władza to ludzie, którzy cię popierają. I my to wykorzystamy. Mykael Kralovec, został usunięty incognito, Antonevic odegrał to swoje teatrum, pozbył się też reszty szlachty, która pana Kralovca popierała. Pan Kralovec został rzekomo.. Zamordowany? Zaginął? To mało istotne dla nas, tu i teraz. Dla nas ważne jest to, żeby powrót pana Kralovca został zauważony. Pan Mykael Kralovec podziękuje wtedy Antonevicowi za doglądanie spraw administracyjnych planety i zażąda bezzwłocznego zrzeknięcia się przez Antonevica gubernatorstwa. Generałem może sobie być... Do czasu, gdy odnajdzie się także Karel Zeremski. Doszły mnie słuchy, że on także żyje. Nie ma go w żadnym ze zdobytych więzień, na żadnym ze zdobytych księżyców. Nie ma go tam. Wniosek jest zatem prosty: Zeremski jest cały czas na planecie. Możliwe, że ma go Antonevic. Dlatego trzeba będzie to sprawdzić. Komandorze Sive-Insanum – zwrócił się do człowieka w mundurze floty, który wraz z nim oczekiwał przybycia Walkirii.
- Tak, Lordzie?
- Pan Kapitan zdaje się być pańskim podwładnym, czyż nie?
- Tak, sir. Zgodnie z wytycznymi Jego Lordowskiej Mości, tak.
- Zatem, dziękując za wypożyczenie mi swojego podkomendnego, oddaję go do pana komandorskiej dyspozycji. Tymczasem – pożegnał się. Castus Sive-Insanum, komandor na krążowniku bitewnym klasy Mars “Herman von Strab”, wraz z jednookim kapitanem, oddalił się. Tymczasem.
- Wam, dzielni żołnierze Imperatora, daję czas na odpoczynek. Spisaliście mi się podczas wypełniania poruczonej wam misji, macie prawo zregenerować się. Ale, co podkreślam, liczcie się z tym, że cały czas macie być w gotowości i do dyspozycji – zasalutował, nie czekając aż oddadzą salut, zwrócił się do Kralovca.
- A ciebie, przyjacielu, niech do świeżości doprowadzą, ogolą, włosy przytną i – pociągnął nosem – wykąpią. Zaraz, zaraz. Kiejstus. Tak! Znasz jakiegoś innego Kiejstusa? No, ja myślę, że nie. Słuchaj. Przed wejściem do hangaru będzie czekał mężczyzna, obdarty, zarośnięty. Macie go wymyć, wypachnić, na błysk! Ogolić go macie i zrobić mu porządek z fryzurą. A starannie! To może być niedługo ważna osobowość! Czy ja żartuję? Czy widziałeś mnie kiedyś żartującego? No. Na waszym miejscu, już byłbym w połowie drogi, psie syny. Nie, dobrze słyszałeś. Tak. Tak. Brawo, pojętny chłopczyk. Co miałem na myśli? Wypieprzać mi stamtąd w podskokach, wodę ciepłą napuszczać, brzytwy ostrzyć, pachnidła znosić! A jak będziemy tam przed wami, do nie chciałbym być w waszej skórze. Dobrze słyszałeś, będziemy. Osobiście tego dopilnuję. A co ci do tego? Migiem. Czekam.
- Psia jucha, Mykael. Słowo honoru, wolę wydawać rozkazy setkom tysięcy żołnierzy, choćby i z osobna, niż użerać się z jednym z tych bubków z Floty. Słowo honoru, jestem ciekawy, jak ich dowództwo radzi sobie ze skoordynowaniem działań tej hałastry. Przecież to-to nie rozumie najprostszych komunikatów. Słowo honoru, Mykael. Mykael?
- Ta?
- Co nic nie mówisz? - spytał Kiejstus. - Nie w smak mi twoje milczenie.
- A mi nie w smak twoje gadanie, Kiejstus. Powiedz, do czego ja ci jestem potrzebny?
- Nie słuchałeś? – zdziwił się Lord.
- Pogubiłem się w tej twojej paplaninie. Mógłbyś jeszcze raz?
Kiejstus westchnął.
- A muszę teraz? Wybacz, śpieszy mi się, jak diabli, słowo honoru.
- Miałeś dopilnować tamtych z Floty.... - tym razem to Kralovec był zdziwiony.
- Myślisz, że po takiej wymianie zdań, ktokolwiek przy zdrowych zmysłach nie wykonałby moich poleceń? - roześmiał się szczerze.

* * *

Kapitan zatrzymał się. Wypowiedziane właśnie przez komandora Sive-Insanum słowa powoli do niego docierały. Mimo to, nie dawał im wiary.
- Jest pan pewien, komandorze? Znaczy się... nie chcę kwestionować pańskiej decyzji, ale, z całym szacunkiem, nie uważam się za kogoś, kto jest w stanie podołać takiej misji. Nie mówiąc już o tym, że nie czuję się takiego wyróżnienia godny.
- Podołaliście wielokrotnie znacznie poważniejszym wyzwaniom, kapitanie. Przez niego straciliście oko, nie chcecie się zemścić?
- Chcę, sir. Ale nie uważam, żeby zabicie go w ten sposób dało mi satysfakcję.
- Satysfakcja! Satysfakcja! Chcecie waszego gnębiciela martwego czy żywego? Martwego, co samiście mi powiedzieli! Nie kręćcie tedy nosem, jak wam daję możliwości zemsty do ręki. Ja wam daję broń, gdy wasz wróg jest spętany i nie jest w stanie wykpić się od śmierci! Do pana, kapitanie, należy jedynie pchnąć. I patrzeć, jak umiera. Proste, nieprawdaż?
- Komandorze. Nie podejmę się tego zadania. Nie mogę.
- Udowodnię wam, że możecie. To jest rozkaz! - krzyknął komandor.
- Tak jest, sir! - stanął na baczność kapitan.
- Zbierajcie swoich ludzi. Wyruszacie od razu.



:: autor: Uldor :: artykuł przeczytało dotąd: 2373 osób

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować. Zarejestruj lub zaloguj się
   40K.pl © 2006 by orth | engine: PN | support min.: IE5.0 800x600
   Wszelkie prawa do zawartości, kodu i interfejsu serwisu zastrzeżone.
   Logotypy oraz materiały identyfikacyjne produktów linii wydawniczej Warhammer są własnością ich twórców
   gamesworkshop.com | blackindustries.com | blacklibrary.com | copcorp.pl
   zobacz także: Zamek Drachenfels | Fabularny.net





 realizacja:
 orth.com.pl

:: zegarki-i.pl | :: pieluchy dla dzieci

  40K.pl Poleca!