:: » STRONA GŁÓWNA ::

40K Role Play Game
Książki
Gry PC
Bitewniak
FanArt
Terminal
Wyraź Opinię

Co sądzisz o nadchodzącej premierze gry Space Marine?

  • To będzie przełom!
  • Zapowiada się dobrze
  • Zwiastuny mnie nie przekonują
  • Tragedia...

[ Wyniki | Ankiety ]

Głosów: 15

  Herezja nie zostanie odpuszczona: Deus ex Machina
 :: poniedziałek, 05 marca 2007 - 19:21 :: kategoria: Opowiadania :: Dział: FanArt ::

Herezja nie zostanie odpuszczona
Część Pierwsza przygód Inkwizytora Dragonauda


Rozdział dziewiąty: Deus ex Machina
  40K.pl Poleca!



W którym tylko dzięki tajemnicy skrywanej
skrzętnie przez Kult Maszyny, udaje się wojskom
Trintego obronić placówkę, a raczej zapobiec rzezi.
Niestety, nie wszystkim bohaterom opowieści się tak
wiedzie.

Tchimov przebudził się. Odruchowo sięgnął do kabury po pistolet, ale nie znalazł tam broni. Po chwili poczuł na ramieniu czyjąś rękę. Odwrócił się powoli, palcami drugiej ręki szukając czegoś, co w razie potrzeby mogło posłużyć do zaatakowania ewentualnego napastnika. Jego palce zatrzymały się na średniej wielkości kamieniu, którego pochodzenia pewnikiem można było doszukiwać się wśród większych odłamków, które pochodziły zapewne z wielkiej wyrwy w murach placówki. Zacisnął ciaśniej dłoń na kawałku muru, przygotował dłoń do szybkiego ataku, odwrócił się podciągając rękę ściskającą “prowizoryczną broń” ku górze. Już miał uderzyć tam, gdzie mniej więcej powinna być skroń stojącego za nim, jak miał nadzieję, choć ze sługami Mrocznych Bogów nie ma pewności, człowieka, gdy usłyszał głos Rokycany:
- Odłóż ten kamień, do ciężkiej cholery i zbierajmy się stąd. Mechaniczni odprawiają jakieś rytuały, mówią, że za chwilę będzie gorąco. Mam twój miecz i pistolet. Żwawo!
- Dzięki... Znaczy, dziękuję... Znaczy... Skąd wiedzieliście, majorze? I co tu się właściwie stało?
- Rozpirzyli mury w pizdu! - krzyknął, starając się zagłuszyć huk bitwy i nie kryjąc zdenerwowania, Rokycana. Otarł czoło, wręczył bronie Tchimovowi. Wziął oddech, i zaczął mówić. - Kiedy zaczynali wdzierać się na mury, wedle rozkazów, wasi żołnierze poszli z nimi na bagnety. W tym samym czasie na dole wysadzili bombę. Wtedy Mechaniczni podesłali wam tutaj swoich. Serwitorzy wyciągali żywych, Skitarii walczyli. Pomogli im trochę nasi Szturmowcy, podesłani przez Trintego. A potem... sami widzicie. Grupujemy oddziały, chcemy przygotować kontratak. Dowódca Mechanicznych rozkazał, byśmy czekali na nich - zrelacjonował.
- Po co? - zapytał Tchimov.
- Mówią, że mają tutaj broń pradawną broń, którą teraz przygotowują do użycia...
- To nie mogli jej, do ciężkiej cholery, przygotować wcześniej? Dajmy na to, przed bitwą?
- Mają swoje kodeksy, swoje prawa. Mówią, że dostali pozwolenie z Marsa, ale tylko pod jednym warunkiem: jeżeli ta cała.. broń mogłaby wpaść w ręce wroga.
- To po co, na wrzody Świętego Mathiasa, ją tu ściągali, jak nie mają zamiaru jej używać? - Tchimov wykazał się znajomością żywotów świętych.
- Nikt nie zrozumie tych czubków w czerwonych kaftanach. Ani ja, ani wy, ani oni sami za pewne też siebie nie zrozumieją....
- Aye, sir. Za pewne tak jest, sir. Czy... czy ktokolwiek z mojego plutonu ocalał?
- Żadna z drużyn nie wyszła cało. Ale z niedobitków uda się nam złożyć może z dwie, w porywach trzy. Oddziały grupują się już przed pomnikiem Magnusa Pogromcy.
- Moja drużyna dowodzenia?
- Połączyła się już z Imperatorem.
- Jakakolwiek drużyna dowodzenia z mojego plutonu?
- Niestety. Nie marnotrawmy czasu, w każdej chwili tamci mogą uderzyć, a wtedy nasz plan na nic.
- Majorze Rokycana....
- Ani słowa, sierżancie Tchimov. Pod Magnusa.
- Aye, sir. Niech prowadzi pana Imperator, majorze.
- I ciebie, Tchimov – rzekł major biegnąc, by zebrać resztę dowódców z rozbitych plutonów.

* * *

- Nić! - zadysponował Saman. - Cholera jasna! - zaklął. - Co to za hałas? Przeleć się tam który, byle żwawo! Co to, do jasnej cholery?
Niezwykle adekwatny był to komentarz, albowiem do szpitala polowego wmaszerowało, na oko, czterdziestu czy pięćdziesięciu szturmowców pod wodzą samego Trintego.
- Co to ma znaczyć, Trinte? - spytał Wenclaus odrywając wystający kawałek nici. Potem zaczął wycierać krew z rąk w fartuch, którego pierwotnej barwy teraz, nawet przy najszczerszych chęciach, nie dało się odgadnąć.
- Druga Pyrra, Saman. Podaj się, a ocalisz życie. Nie wykonałeś mojego rozkazu, za to czeka cię śmierć, jak tych, za których przyjdzie ci zginąć. Czyż to nie ironia? - i zaśmiał się serdecznie, co całkowicie nie pasowało do tej sytuacji.
- Nie ośmielicie się, Trinte. Martynicos wam tego nie daruje – zapewnił Saman.
- Grozicie mi, medyku? Czy to nie jest... hm... zabawne? W twojej sytuacji.. Bardziej przejmowałbym się własnym życiem, a nie tym, co może mi zrobić Martynicos, który jest jak zwykle zbyt daleko, by zrobić cokolwiek. Podczas jego ustawicznych nieobecności zmieniła się trochę sytuacja na posterunku. Władza wymknęła się Ezheelowi już dawno. Teraz dowodzi tu Kiejstus. Słyszeliście Samanie o Lordzie Kiejstusie? Cieszy mnie to, oszczędzi nam to dużo niepotrzebnego gadania. Teraz wiecie, czemu tu przybył. Za bardzo sobie pozwoliło nasze sprawstwo na swawolę, co nie spodobało się centrali. Przybyły tu Lord Kiejstus ma przejąć władzę nad siłami zbrojnymi planety, do czasu wyznaczenia odgórnie nowego Generała oraz mianowania Gubernatora. Bo połączenie tych funkcji przez Antonevica to samowola. A zresztą, dość gadania. Zostaniecie rozstrzelani, Saman, a wraz z tobą wszyscy ci, którzy sprzeciwią się Kiejstusowi. No jak tam, łapiduchy? - zwrócił się do medyków Trinte. - Który położy życie wraz z waszym zwierzchnikiem? Ha? Tak myślałem... Wszyscy w gębie hardzi, ale śmierci się boją, słodka ironio. A może i tobie, Wenclaus, przeszło? Nie w smak ci może ginąć? Może żal cię teraz wziął za twe czyny? Żal ci, medyku? - spytał podpułkownik.
- Żal mi jednego, Trinte. Że tak mi się odpłacasz za to, że to ja przyjąłem twą rodzącą matkę. I ty mówisz o ironii? Ale dobrze, ja położę swoją głowę jako ofiara twej głupoty, twego ślepego oddania komuś, kto równie dobrze może być wysłannikiem Antonevica, który miał sprawdzić twoją lojalność i możliwe, że Antonevic już tu zmierza na czele swych wojsk, które wymierzą ci sprawiedliwość. Zginę z imieniem Imperatora na ustach, – wziął oddech, zwrócił się ku reszcie personelu medycznego – a was, konfratrzy, proszę, byście nie szli za mną na śmierć, a zachowali pamięć o mnie. Idę Trinte, zabierz stąd tych karków, swoimi służalczymi buciorami brudzą posadzkę, którą splamiła krew prawdziwych bohaterów. Żwawiej, nie mamy chyba całej wieczności. I proszę, bez zbiegowiska, bez specjalnej ceremonii, dobrze? Niech to będzie szybka śmierć.
- Z przyjemnością, Wenclaus. A wy, panowie łapiduchy, czas zastosować się do poleceń, chyba że też wam do ziemi śpieszno...
Po chwili szturmowcy, Trinte i Saman wyszli ze szpitala polowego. Następnie, a było to bodaj po trzech, czterech minutach, do sali ponownie weszli absolwenci Schola Progenium, jęli wyciągać ze środka rannych, którym nie udzielono jeszcze pomocy. Pod szpitalem wykopali dół, do którego zaczęli wkrótce wrzucać niedoszłych pacjentów szpitala polowego. Niektórzy byli już martwi, czy to od wykrwawienia czy to od postrzału. Inni dogorywali jeszcze, byli też żywi. Ale nie było dla nich ratunku, było im sądzone skonać wśród swych martwych towarzyszów, tylko przez kaprys Trintego. Co nie zostanie mu zapomniane a pozostawione bez kary.

* * *

Rokycana biegł wzdłuż ustawionych w karnym ordynku oddziałów i liczył żołnierzy. Nie wiedział gdzie jest Trinte, albo był czymś zajęty, albo połączył się już z Imperatorem, co i tak w tej sytuacji sprowadzało się do jednego – Rokycana przejmował dowództwo.
- Żołnierze Gwardii Imperialnej! Żołnierze swej planety! Żołnierze Świętej Terry! Przybyliście tu z oddziałami z niemalże wszystkich regimentów! Praskiego! Huskiego! Z Hradca! Z Silesiańskiego! Z Kostela! Z Sumperka! Z Trocnova! Oddziały wielu z was zostały rozbite, a służący z wami koledzy i przyjaciele, dowódcy, których traktowaliście jak ojców, jak mentorów, zginęli z rąk zdradzieckich heretyków! Teraz, zgrupowani w nowe oddziały, pod dowództwem nowych sierżantów, kaprali, których winniście szanować i słuchać tak samo jak swoich byłych zwierzchników, macie okazję odpłacić się zdrajcom! Niech każdy z was, walcząc lub umierając, maszerując, strzelając, siekąc, miażdżąc, walcząc, niech każdy z was, zabierze ze sobą tylu odszczepieńców ilu zdoła! Niech każdy z was, zaciskając dłoń na spuście karabinu myśli o zabitych żołnierza, tych, którzy zginęli, byście teraz wy mogli ich pomścić, byście mogli teraz ruszyć z impetem lawiny na tłoczących się w zdobytych sektorach sługusów Chaosu! Tu, teraz, synowie tej ziemi stoczycie bój, a poniesiona przez was ofiara, wieść o niej, dotrze na samą Świętą Terrę! Zatem maszerujcie i gińcie, chwaląc Imperatora, nieście swój gniew przeciw Jego wrogom, zabijajcie w Jego imię i imię poległych towarzyszy! Śmierć! Śmierć! - ryczał Rokycana z podwyższenia, na które wdrapał się w międzyczasie.
- Śmierć ! - odryknęli Gwardziści. - Śmierć wrogom Imperatora! Śmierć za śmierć!
- Herezja nie zostanie odpuszczona! Niech zginą jej krzewiciele! - wrzeszczał Rokycana. - Śmierć!
- Śmierć im! Śmierć! Śmierć po wsze czasy! - odpowiedzieli żołnierze.
- Śmierć i chwała! Krew i miecz! Ogień i śmierć! Śmierć! - kontynuował major.
- Śmierć! - po raz kolejny powtórzyli Gwardziści.
- Walczcie i gińcie za Imperium! - krzyknął raz jeszcze. A potem dodał po cichu. - Gińcie, ale bez przesady.

* * *

- Wspaniała, płomienna przemowa, majorze, jeśli wolno mi zauważyć... - rozległ się głos za plecami Karela Rokycany.
- Dziękuję, kimkolwiek byście nie byli – rzekł major do mężczyzny ubranego w czerwony pancerz i okrytego takim samym płaszczem. Mężczyzna był postawny, miał gładko wygoloną głowę, a jego twarz naznaczona była bliznami.
- To kim jestem nie powinno wam zaprzątać głowy. Insza rzecz to sprawa, z jaką do was się zwracam. Ale ona jest prosta i pojmiecie ją w mig.
- Zatem? - ponaglił nieznajomego major.
- Zatem oddacie się teraz w moje ręce, tak samo jak wszyscy obecni tu członkowie korpusu oficerów.
- Śmialiście... Mógłbym was teraz wydać moim żołnierzom czy wsadzić do aresztu. Miast tego, bo wiedzcie, żeście mnie zaintrygowali, pytam: jakie macie po temu podstawy?
- Męczycie mnie, Rokycana. Ale dobrze. Nakazem Marszałka Wojny siły zbrojne z całego sektora mają poddać się mojej władzy. Nie wiem, gdzie jest teraz Trinte, dlatego zwracam się do pana. Z przydzielonych mi ludzi zostanie utworzony nowy korpus oficerów. Coś jeszcze?
- Jeśli wolno mi prosić, sir, – zaczął wyraźnie pokorniej Rokycana – czy mogę wiedzieć czemu tak się dzieje?
- W zasadzie nie ma przeciwwskazań, bym wam tego nie ujawnił. Marszałek ma uzasadnione obawy, że mianowany przez niego Generał, Zeromski...
- Zeremski, sir. Karel Zeremski – przerwał, nim zdążył pomyśleć, Rokycana.
- A niech mu nawet będzie Zeremski. Ten Zeremski... Marszałek uważa, że został zamordowany przez spiskowców, którzy chcieli wypromować na urząd jego adiutanta. A potem uczynić go zarządcą zarówno wojskowym jak i administracyjnym, naturalnie na drodze nieprawomyślnego przewrotu. Jak wam wiadomo, doszło do tego. Nie udało się temu zapobiec zarówno agentom dostarczonym przez Flotę, nie udało się to psykerom, którzy przybyli na planetę niedługo przed zamordowaniem Generała. Dlatego tu jestem i wykonuję polecenia Marszałka. Wszystko jasne, majorze?
- Absolutnie, sir. Wolno mi coś zauważyć?
- Co, Rokycana? - łypnął groźnie tamten.
- Po bitwie, jeśli przetrwamy, garnizon podda się wam. Jeśli jednak następne nie uznają pana władzy, niedobitki nie będą w stanie stanąć przeciw nim zbrojnie. Rozważył pan to?
- Niech cię o to głowa nie boli, Rokycana. Coś jeszcze?
- Tak, w zasadzie tak. Jeśli nawet uda się podporządkować wam wszystkie wojska, to pozostaje stolica, a w niej Antonevic, który nie podda się wam w żadnym wypadku.
- O to też niech was głowa nie boli, majorze. Zdecydowanie, jak tak dalej pójdzie, nabawicie się migreny. Póki co, Rokycana, pędźcie do wieży dowodzenia. Wołają was...

* * *

W punkcie dowodzenia panował chaos. Nie, nie Chaos. Póki co, a oby i po wsze czasy, panowało tam niepodzielnie Imperium, jeno wśród komunikatów, komunikatorów, rozkazów, poleceń, manewrów, raportów, odpowiedzi, był wprost nie do opisania burdel.
- Wiadomo co z Trintem?
- Coś zaczęło strącać lotników Allensteina!
- Brak zgłoszenia od Trintego!
- Coś się stało w szpitalu polowym!
- Trzy Bazyliszki niezdolne do prowadzenia dalszego ostrzału!
- Mechaniczni na linii..
- Dawaj ich! Cholera, czego mogą chcieć tym razem? Rokycana, słucham. Mhm. Tak. Mhm. Dobrze. Zrozumiałem. Bez odbioru. Powiedz tym spod bramy, że lada chwila będą u nich Mechaniczni z tą swoją bronią, czymkolwiek by ona nie była.
- Aye, sir! Do wszystkich jednostek przy bramie, za chwilę będą u was posiłki Skitarii!
Po chwili oficer łączności spytał majora:
- Sir, czy ma pan jakieś podejrzenia co do natury tej broni?
- Cóż, niewątpliwie jest to coś dużego i cholernie użytecznego w naszej sytuacji... Tak, coś w ten deseń. A czemu pytasz?
- Mój ojciec walczył w bitwie o Kosmoport w Al-Demnin. Słyszałem od niego o maszynach, które brały udział w obronie placówki. Mówił, że po raz pierwszy widział takie cuda techniki. To były twory Mechanicznych...
- A kogóż by innego? Zresztą... - nie skończył. Coś nagle zadudniło, zatrzęsło. Major stracił równowagę, zachwiał się i wykopyrtnął. Po chwili wstał otrzepał płaszcz od munduru, oparł się o blat, na którym drukowały się nonstop raporty, migały wyświetlane mapy, a hologramowe pole bitwy rozmywało się co i rusz. Spojrzał przez duże okno wieży i rozdziawił usta w grymasie zdziwienia. Ku walczącym przy bramie szedł najprawdziwszy Tytan. Nie był on wprawdzie tak oszałamiających rozmiarów jak inne Tytany, ale był szybszy, lżejszy i łatwiejszy w transporcie. Po chwili gapienia się na ten niewątpliwy cud techniki, Rokycana wybiegł z wieży na pomost łączący centrum dowodzenia z resztą fortu. Z tej perspektywy mógł przyjrzeć się dokładnie Tytanowi. Jak przystało na Tytana, był ogromny. Był ogromny jak jasna cholera. Działa, które na nim zamontowano, wystarczyłyby do kilkukrotnego zniszczenia fortu. Pare takich Tytanów wspartych odpowiednimi ilościami piechoty mogłoby zdobyć stolicę. Sam Tytan, gdyby ustawić go w odpowiednim miejscu, skupić uwagę większości obrońców na szturmujących od frontu żołnierzy, na komandosów infiltrujących wewnętrzne sektory, na lotnictwo bombardujące miasto, też mógłby sobie poradzić. Major usłyszał śpiew. Równą litanię śpiewaną przez procesję groteskowo wyglądających na poły ludzi, na poły robotów. Równą litanię śpiewaną przez oddziały Skitarii, serwitorów i techkapłanów. Litanię do Boga Maszyny. Karel Rokycana powrócił pamięcią do czasów swojej edukacji, starał przypomnieć sobie Wysoki Gotyk, którym posługiwali się Mechaniczni podczas śpiewania.
- Deus ex Machina! Deus Machina est!
- Deus ex Machina... cholera, coś w tym jest! - mruknął.
Jego rozważania przerwał oficer łączności.
- Sir, mamy kontakt z podpułkownikiem Trinte!
- Skąd? Gdzie jest?
- W szpitalu polowym, sir.
- Jasna cholera...

:: autor: Uldor :: artykuł przeczytało dotąd: 2097 osób

Komentarze

smokkuba
10.03.07, 22:34
Deus ex Machina

Super opowiadanie!!!Polecam wszystkim gościom , którzy zawitali na tę stronę!!

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować. Zarejestruj lub zaloguj się
   40K.pl © 2006 by orth | engine: PN | support min.: IE5.0 800x600
   Wszelkie prawa do zawartości, kodu i interfejsu serwisu zastrzeżone.
   Logotypy oraz materiały identyfikacyjne produktów linii wydawniczej Warhammer są własnością ich twórców
   gamesworkshop.com | blackindustries.com | blacklibrary.com | copcorp.pl
   zobacz także: Zamek Drachenfels | Fabularny.net





 realizacja:
 orth.com.pl

:: zegarki-i.pl | :: pieluchy dla dzieci

  40K.pl Poleca!