:: » STRONA GŁÓWNA ::

40K Role Play Game
Książki
Gry PC
Bitewniak
FanArt
Terminal
Wyraź Opinię

Co sądzisz o nadchodzącej premierze gry Space Marine?

  • To będzie przełom!
  • Zapowiada się dobrze
  • Zwiastuny mnie nie przekonują
  • Tragedia...

[ Wyniki | Ankiety ]

Głosów: 15

  Herezja nie zostanie odpuszczona: Konwencja Silesiańska
 :: poniedziałek, 12 lutego 2007 - 19:00 :: kategoria: Opowiadania :: Dział: FanArt ::

Herezja nie zostanie odpuszczona
Część Pierwsza przygód Inkwizytora Dragonauda


Rozdział ósmy: Konwencja Silesiańska
  40K.pl Poleca!



Wbrew tradycji i obyczajom, za to wielce
w stylu Antonevica, dochodzi do podpisania
ważnego dokumentu, który dzieli ludzi
na jego zwolenników i przeciwników, a
tych drugich łączy, na nieszczęście głównego
sygnatariusza paktu.

W Silesia zebrali się wszyscy, którzy być powinni. Przez “wszystkich, którzy być powinni” Antonevic rozumiał naturalnie wszystkich tych, którzy nie zakłócą przebiegu ceremonii czy nie zaczną burdy. Oraz tych, którzy na wszelki wypadek mogą taką burdę uspokoić. Nie patrząc na ofiary – zgodnie z mottem Gubernatora Militarnego, bowiem cel uświęca środki.
Uroczystości miały odbyć się w katedrze Świętego Gniewu, do niedawna głównym obiekcie Silesia, a od niedawna głównym obiekcie Silesia zaraz po rozbudowywanym Pałacu Slazeckich, który, po rozstrzelaniu byłych właścicieli, uczyniono siedzibą Pierwszego Regimentu Silesiańskiego, zwanego inaczej Czerwonymi Strzelbami.
Strzelisty gmach specjalnie przystrojono na przybycie Antonevica. Nie żeby przedstawiciele Eklezjarchy w Silesia darzyły go jakąś sympatią, broń Imperatorze!, aczkolwiek funkcjonariusze biura politycznego Antonevica, a dobrze jest to wiedzieć na przyszłość, potrafią być niezwykle przekonywujący.
Katedra była zapełniona po brzegi najrozmaitszymi obywatelami Imperium. Byli tam dowódcy Czerwonych Strzelb jak i innych regimentów, byli szlachcice, byli posłowie – naturalnie tylko ci, którzy popierali Antonevica, bowiem inni mieli pewne trudności z opuszczaniem stolicy - , byli przedstawiciele Mechanicznych, byli oczywiście słudzy Eklezjarchy, byli ludzie z politbiura oraz, jakże by inaczej, była gawiedź, o ile można tak nazwać bogatych kupców i wyższe warstwy mieszczan.
Gubernator Militarny Prokop Antonevic stał schowany w cieniu, który dawał posąg anioła stojącego na głowie jakiegoś demona. Balkon, na którym znajdował się wraz z pułkownikiem Martynicosem, dwoma członkami politbiura, kapłanem, pułkownikiem Sielsian, którego nazwisko wyleciało mu z głowy, reprezentantem władz Silesiańskich oraz jednym z członków Rady Stolicy – wszyscy oni byli oczywiście starannie dobrani, by podpisywanie konwencji przebiegło po myśli politbiura i samego Antonevica.
- Za dosłownie kilka minut utrzemy nosa wszystkim tym, którzy są nam przeciwni – zwrócił się do jednego z funkcjonariuszy politbiura.
- Z pewnością, sir – wyraził swoje nadzieje rozmówca Antonevica.
- Z pewnością, a twoim zadaniem jest tego dopilnować – powiedział twardo Gubernator Militarny. - Jaki wygląda obstawienie sali? - spytał.
Członek biura politycznego Antonevica dobył miniaturowy skaner ustawił odpowiednie współrzędne i po chwili nad wyświetlaczem pojawił się trójwymiarowy hologram katedry Świętego Gniewu. Funkcjonariusz wcisnął jeden z wielu przycisków na klawiaturze urządzenia i po chwili na wyświetlaczu pojawił się plan Katedry. “Człowiek z najbliższego otoczenia samego Gubernatora Militarnego”, bowiem i tak mówiono na ludzi z politbiura, sięgnął do kiesy przy pasie, wyciągnął z niej mały dysk, podłączył go do portu. Po chwili na planie zaczęły pojawiać się czerwone kropki, niebieskie linie bez końca (a przynajmniej koniec żadnej z nich nie był widoczny na wyświetlaczu) oraz żółte trójkąty.
- Co to? - spytał Antonevic.
- Te czerwone kropki to nasi funkcjonariusze – poinformował.
- Ludzi u nas mnogo – powiedział sentencjonalnie Gubernator Militarny.
- Mhm – niezwykle wyczerpująco przyznał rację jego rozmówca. - Te niebieskie kreski... tu, tu, tu, tu i jeszcze w tamtych miejscach – mówił wskazując na wyświetlacz – to tunele, w których siedzą nasi żołnierze gotowi do interwencji. - Te trójkąty to stanowiska ciężkich bolterów. Na wszelki wypadek...
- Rozumiem, dziękuję – Prokop zaskoczony był faktem, że Katedra była aż tak dobrze zabezpieczona, ale nie dał po sobie tego poznać. Przynajmniej we własnym mniemaniu.
- To wszystko, sir? - wolał upewnić się funkcjonariusz.
- W zupełności, możecie odejść.
I odszedł. A Antonevic, zapowiedziany w międzyczasie przez namiestnika Silesia, wyszedł z cienia i stanął za kamienną mównicą stylizowaną na orła imperialnego.

* * *

Prokop Antonevic, po krótkim wstępie zaczął czytać dokument.
- Ja, Prokop Antonevic, Gubernator Militarny z woli Wysokich Lordów Terry i samego Imperatora, zwierzchnik sił zbrojnych Gwardii Imperialnej w tym sektorze, wedle praw należnych mi z tytułu pełnionych przeze mnie funkcji, powołując na świadków pułkownika Ezheela Martynicosa, spowiednika Iudassusa Skareothenna oraz wszystkich tu zebranych, podpisuję, a więc czynię obowiązującym wszędzie tam, gdzie sięga moja władza, nadana mi z łaski Nieśmiertlenego, poniższy dokument, którego treść mówi jak następuje...
Jegomościa schowanego pod szarym płaszczem z kapturem, który stał przed Jorgiem, mowa Antonevica musiała dokumentnie nudzić. Świadczył o tym fakt, że zamiast z głową podniesioną do góry, patrząc bystro w stronę balkonu, z którego produkował się prawie drugi kwadrans Gubernator Militarny, ów dłubał końcówką swojej laseczki w szparze pomiędzy płytami posadzki. Jorg, czując się poniekąd w obowiązku jako członek politbiura, zwrócił mu uwagę. Przystawiając mu lufę pistoleta laserowego do pleców, ale jednak.
- Czego to nie słuchamy mądrej mowy, a w posadzce grzebiem? - Jorg pochodził z prowincji, toteż pozostały mu pewne naleciałości w mowie.
Jakież było jego zdziwienie, gdy w odpowiedzi na zaczepkę, lewa ręka owego jegomościa zwisająca dotąd luźno wzdłuż ciała chwyciła błyskawicznie rękę Jorga, którą ten trzymał broń, w przegubie i zacisnęła się na niej w żelaznym chwycie. A było to porównanie cokolwiek trafne, zważywszy na to, że dłoń jak i reszta, jaką widział Jorg była całkowicie bioniczna.
- I co teraz, skurwielu? - wycedził wprost do Jorgowego ucha odziany na szaro mężczyzna.
- Puśćcie... p-panie – dodał tłumiąc w sobie skowyt. Pal licho, że tamten nie uważał, nikt by nie zauważył, a już na pewno nie Antonevic, aczkolwiek gdyby ktoś nagle wydarł się co sił w płucach, o, to z pewnością nie uciekłoby uwadze nikogo z zebranych w przybytku Świętego Gniewu. A uwadze Antonevica nie uciekł by dodatkowo fakt, że takiego czynu dopuścił się ktoś z politbiura.
- Jeszcze raz przystawisz komuś lufę do pleców... - powiedział wzmacniając chwyt. Jorg pisnął cicho, ale na jego szczęście, brawa, które rozpoczęli podstawieni przez politbiuro klakierzy, zagłuszyły jego skomlenie. - Wrócę po ciebie... i nie skończy się na połamanych palcach....
Jorg zamarł w przerażeniu. Nieznajomy szybkim ruchem ręki połamał mu po kolei wszystkie palce. A potem skierował się ku wyjściu, znikając Jorgowi z oczu. Wkrótce zresztą zapomniał o mężczyźnie w szarym płaszczu z kapturem. Zapomniał o wszystkim. Przejmujący ból pozbawił go przytomności.

* * *

- Co z nim, doktorze? - spytał szef politbiura.
- Ma połamane wszystkie palce lewej dłoni, ale to nic poważnego... - odpowiedział lekarz.
- Mhm... - odpowiedział lakonicznie mężczyzna w czarnym uniformie.
- Zostawić was samych? - lekarzowi spieszyło się, poza tym nie specjalnie przypadł mu do gustu człowiek, który nawet nie raczył się przedstawić, a zachowywał się jakby był co najmniej Gubernatorem Militarnym... zresztą, cholera wie...
- Zdecydowanie – odpowiedział. Doktor nie zadawał więcej pytań.
Jorg obserwował całą scenę spod przymrużonych powiek. Nie chciał, by dwaj mężczyźni wiedzieli, że się obudził. Szybko zresztą, nie po raz pierwszy ostatnimi czasy, pożałował swojej decyzji. Mężczyzna w czarnym uniformie usiadł na krześle koło łóżka, na którym leżał, i zdecydowanym ruchem pięści uderzył go w miejsce, w którym miał podłączone zbiorniczki z substancjami, które miały doprowadzić do zrośnięcia się kości. Jorg zawył potępieńczo.
- Uch... aaa – kwilił nad swoją łapą, która pulsowała przejmującym bólem.
- Nie rycz, siedź cicho – powiedział gość w czarnym płaszczu. - I słuchaj.
- Słucham, słucham – potwierdzał skwapliwie trzymając zdrową ręką lewą dłoń i kiwając się niczym żebracy modlący się na ulicach o łaskę do Złotego Tronu.
- Kto ci to zrobił? - spytał zimnym głosem szef.
- Nie wiem! – powiedział z wyrzutem nie zaprzestając szlochania – Sir – dodał po chwili.
- To się dowiedz! - ryknął.
- Nie rozumiem, sir.. - powiedział Jorg. A prawda była taka, że zaczynał rozumieć, jeno ta wizja nie przypadła mu do gustu na tyle, by przyjmować słowa zwierzchnika od razu....
- Rozumiesz, Jorg. Rozumiesz aż za dobrze... - po tych słowach skierował się do drzwi. Miał wychodzić, jednak odwrócił się w progu i rzekł. - Nie zapominaj, bo ja nie zapomnę. Nigdy nie zapominam. Przecież wiesz. Wagenburg, osiemnaście lat temu. Rogatki. Śmierć kupca i jego żony. Jedynak przeżył. Jest tu. I ty o tym wiesz, Jorg. Nie spraw, by teraz, po osiemnastu latach, dziecko zginęło. Nie spraw, by ród kupca wygasł. Nie pozwól mi na to, bym go zgasił. Nie masz prawa mi na to pozwolić, Jorg. Nie po osiemnastu latach. Nie po tym, co się w ciągu tych osiemnastu lat wydarzyło. Nie możesz mi pozwolić, bo ja mogę to zrobić. I jeśli mnie nie powstrzymasz, to na Boskiego Imperatora, zrobię to Jorg. Zrobię to! Słyszysz?! Zrobię to! Zrobię! Zrobiieeeee! - wykrzyczał mu w twarz.
- D-d-dob-br-dobrz-rze. B-b-bę-będz-dzie ja-ja-jak ch-c-chcec-cie.
- Och nie, Jorg. To nie ja chcę. To nie ja mam chcieć. To powinno być w tobie, mój drogi – i odszedł. Jorg wpatrywał się jeszcze długo w zasłonę, która oddzielała go od reszty sali medycznej. A potem, pod wpływem medykamentów, zasnął.

* * *

Savickevsky przechadzał się nerwowo. Reszta siedziała zasępiona przy stole.
Jak zatem będzie, panowie bracia? Zgadzacie się? - spytał w końcu.
- Macie moje słowo – powiedział mężczyzna w brązowym płaszczu, sądząc po zbroi, która była widoczna spod niego, wojskowy i to znacznej rangi.
- Ja takoż was wspomogę – strój tego, wskazywał, że mógł być on ważną osobistością w sztabie wojskowym, jakimś urzędnikiem lub nawet kimś z Floty.
- Mój ród wspomoże pakt ludźmi i koneksjami. Mamy wielu znajomych...
- A zatem niech wywrotowiec przekona się, co Stare Rody sądzą o jego poczynaniach... - podsumował Savickevsky.

:: autor: Uldor :: artykuł przeczytało dotąd: 1956 osób

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować. Zarejestruj lub zaloguj się
   40K.pl © 2006 by orth | engine: PN | support min.: IE5.0 800x600
   Wszelkie prawa do zawartości, kodu i interfejsu serwisu zastrzeżone.
   Logotypy oraz materiały identyfikacyjne produktów linii wydawniczej Warhammer są własnością ich twórców
   gamesworkshop.com | blackindustries.com | blacklibrary.com | copcorp.pl
   zobacz także: Zamek Drachenfels | Fabularny.net





 realizacja:
 orth.com.pl

:: zegarki-i.pl | :: pieluchy dla dzieci

  40K.pl Poleca!