:: » STRONA GŁÓWNA ::

40K Role Play Game
Książki
Gry PC
Bitewniak
FanArt
Terminal
Wyraź Opinię

Co sądzisz o nadchodzącej premierze gry Space Marine?

  • To będzie przełom!
  • Zapowiada się dobrze
  • Zwiastuny mnie nie przekonują
  • Tragedia...

[ Wyniki | Ankiety ]

Głosów: 15

  Herezja nie zostanie odpuszczona: Rozdział siódmy "Przyczółek"
 :: poniedziałek, 22 stycznia 2007 - 19:35 :: kategoria: Opowiadania :: Dział: FanArt ::

Herezja nie zostanie odpuszczona
Część Pierwsza przygód Inkwizytora Dragonauda


Rozdział siódmy: Przyczółek
  40K.pl Poleca!



W którym czytelnik po pewnej przerwie
znów zostaje rzucony w wir wydarzeń.
A dzieje się niemało.

Minęły dwa miesiące, odkąd na planetę przybyli Ambasadorzy Tau. Prokop Antonevic został oficjalnie zatwierdzony Gubernatorem Militarnym, a tych, którzy byli mu przeciwni, spotkał taki sam los jak eks-gubernatora Mykaela Kralovca. W niewyjaśnionych okolicznościach zniknął Inkwizytor Salazar Dragonaud, choć wiadomo, że nie opuścił on planety. Nieznane są również losy komisarza Konrada von Elstnera, eks-generała Karela Zeremskiego oraz majora Jana Vlka. Ezheel Martynicos stał się prawą ręką Antonevica, mimo że jako dowódca partyzantki powinien się ukrywać, pojawiał się często w otoczeniu Gubernatora Militarnego.
Po klęsce, jaką lojaliści zafundowali heretykom przy pomocy Floty, wojska Lorda Verghurma zostały rozbite. Rzekomo Głosiciel Słowa został zabity, jednak nie ma na to jednoznacznych dowodów.
Dzięki mobilizacji wszystkich sił Imperium z sektora, udało się rozgromić również Orkowe Waaagh!, teraz trwają prace nad odbudową zniszczonych przez xenos rejonów stolicy.
Kilka dni temu z siłami Schola Progenium przybył tajemniczy dygnitarz imperialny, podobno z samej Terry, każący zwać się Lordem Kiejstusem. Cel jego wizyty ani okoliczności przybycia nie są znane rzekomo nawet Antonevicowi.
Kiedy Martynicos przebywa w stolicy, jego obowiązki przejmują podpułkownik Rahvel Trinte, dawny Hradecki major, obecny major Karel Rokycana oraz Smil Mordackov, syn obecnego Generała Brygady – Tomasa Mordackova.
Za wyraźną sugestią Martynicosa, Antonevic rozpoczyna walny pobór do wojska, by podreperować nadwyrężone podczas wojny jednostki oraz powołać nowe, które zapobiegną sytuacji, która miała miejsce podczas – zwanej już teraz oficjalnie – Wojny Stołecznej. Zostają tworzone nowe jednostki w Usti, Chomutovie, Taborze, Wagenburgu, Luften, Pilznie, Litzenburgu, Bielau i Husi – mieście, które swą nazwę wzięło od pierwszej fabryki wozów pancernych założonej tam przez obecnie największego potentata w tej dziedzinie przemysłu motoryzacyjno-zbrojeniowego w całym sektorze. Hradec, Silesia, Trocnov, Prerov, Kostel i Sumperk otrzymują uzupełnienia.

- Poruczniku Smil, czy bombardy gotowe? - spytał podpułkownik Rahvel Trinte.
- Prawie, sir. Mechaniczni błogosławią teraz działa, zna ich pan, trochę to potrwa. Ale w razie niebezpieczeństwa, jesteśmy gotowi do rozpoczęcia ostrzału. Skitarii zajęli pozycje w podziemiach, są gotowi do ataku na tyły wroga. Prażanie obsadzili mury, szpital polowy jest w gotowości. Aha, bym był zapomniał... Lord Kiejstus rad byłby się z panem widzieć – rzekł Mordackov. Trinte wiedział, że “Lord Kiejstus rad byłby...” oznaczało ni mniej ni więcej “dla pańskiego własnego dobra byłoby natychmiastowo spotkać się z Kiejstusem”.
- Dobrze Smil, możecie odejść. Czy Kiejstus mówił, gdzie mnie czeka? - wolał wywiedzieć się podpułkownik.
- Wiadomo coś o moim ojcu, sir? - zmienił temat Smil.
- Nie, Generał Mordackov nie kontaktował się z nami. Jeżeli będą jakieś rozkazy czy jakiekolwiek inne komunikaty od niego, dam wam znać, poruczniku.
- A co do pańskiego pytania, sir... Nie wiecie jeszcze, że Kiejstus sam znajduje... swoich rozmówców?
Rahvel Trinte słyszał o tym co prawda, ale jeszcze nie miał okazji się o tym przekonać. Jeszcze.

* * *


- Jakieś wieści od Mordackova? - spytał wysoki, brzuchaty, odziany w obszerne złoto karmazynowe szaty, które mimo swej wielkości, opinały ciasno jego wielkie, tłuste cielsko.
- Tak, Lordzie. Generał poinformował nas o dużej operacji w swoim rejonie. Podobno odnaleziono tam niedobitki heretyków – po tych słowach rozmówca Trintego ożywił się nieco, ale wyraz twarzy nie zmienił mu się ani trochę. Mięśnie nie były napięte, a znudzone spojrzenie jego szklanych oczy nie zdradzało stopnia natężenia jego zainteresowania każdym faktem wokół tej sprawy.
- I czego od was w związku z tym pan Generał oczekuje? - spytał, wydawać by się mogło, znudzony podpułkownika.
- Chce, abym posłał mu Smila – odpowiedział rzeczowo Trinte.
- A wy, co zamierzacie? - zapytał nieco nachalnie, co najmniej natarczywie, zaciekawiony już Kiejstus.
- Oczywiście odmówić – niezmieniając tonu, zaspokoił ciekawość Kiejstusa, podpułkownik.
- Odmówić dowódcy? A co na to Smil?
- O niczym nie wie – Rahvel zaczął z satysfakcją zauważać, że lakoniczne wypowiedzi znacznie ułatwiały konwersację z wysłannikiem, jak chciała plotka, z samej Terry.
- Wiedziałem, że będziecie dobrym narzędziem, panie Trinte.
- Dziękuję uniżenie waszej Lordowskiej mości – odpowiedział, jakby niepewnie, podpułkownik.
- Żegnam, panie Trinte – powiedział i wyszedł nie czekając odpowiedzi.
Trinte stał chwilę z rozdziabioną gębą. Nie odezwał się ani słowem. Pewnikiem stałby tak do sądnego dnia, gdyby nie głos majora Rokycany:
- Podpułkowniku, wróg nadciąga!
- Odpalić z dział! Wydaj dyspozycje oddziałom, niech Skitarii zajmą pozycję, wyślij Mordackova na mury, niech Tchimov zajmie barbakan, będę za chwilę w wieży dowodzenia!

* * *

- Sir, to nie są orkowie! - obwieścił jeden z sierżantów, który przebywał w wieży dowodzenia.
- Jak to: nie orkowie? Kto zatem?!
- Heretycy, sir! - obwieścił Rokycana, który podszedł do Trinte'ego zza jego pleców.
- Kapitanie Allenstein, zbierzcie swoich lotników, postraszycie skurwysynów nie szczędząc im bomb...
- Aye, podpułkowniku. Wyruszamy bezzwłocznie.
- Takim was lubię, Allenstein. Panowie Breslau, Bielau, Alkazar, Frietzburg ruszą Bramą Małą i skonfrontują się z pomiotem Chaosu. Raufberg i Prażanie będą ich osłaniać!
- Słyszeliście? Breslau, Bielau, Alkazar, Frietzburg, Raufberg, Tchimov?- spytał do komunikatora oficer łączności. Wywołani dowódcy kolejno potwierdzali odebranie komunikatu.
- A zatem, zapraszam na front i niech Nieśmiertelny nad nami czuwa....

* * *

Allenstein wraz z lotnikami nękali wojska Mrocznych Bogów zrzucanymi przez siebie bombami i – od czasu do czasu – serią z działek zamontowanych na myśliwcach. Prażanie Tchimova oraz Hradczanie Mordackova obsadzeni przy stanowiskach broni ciężkich czynili zamieszanie w szeregach wroga. Moździerze, ciężkie boltery, rakietnice, bombardy praskie, ogień kostelny czy arimove flary przerzedzały szeregi wroga regularnie, co nie zmieniało faktu, że heretycy mieli kilkukrotną przewagę nad obrońcami. Trinte stał na moście łączącym mury z wieżą dowodzenia i rozmawiał z Rokycaną.
- Cholera, skąd się ich tu, na sto głów Patagonneasa, tylu wzięło? Podobno rozbiliśmy ich główne wojska?! - denerwował się major.
- Spokój, Karel, twój gniew im nie zaszkodzi, za to tobie może.
- Wiesz gdzie to mam? Tam gdzie święty Izotaurowi przyprawiono garłacz!
- Dałbyś spokój, majorze. Dość mam twojego gadania.
- Jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził – uciął Rokycana. - Dostałem przed chwilą raport ze szpitala. Sytuacja nie jest różowa, nie spodziewaliśmy się takich strat. Chirurdzy nie nadążają z podawaniem leków.
- Niech biorą tylko tych, którzy mają szanse na przeżycie i najszybszy powrót do walki. Ci, których czeka śmierć tak czy siak, odstawiać pod zewnętrzną ścianę. Szturmowcy, którzy nie biorą teraz udziału w walce, zajmą się nimi lada moment.
- Martynicosowi się to nie spodoba... - podsumował major.
- Martynicos jest daleko. Jak mu się powie, że zabili ich heretycy, uwierzy. Nie będzie miał wyjścia. Nam ułatwi to znacznie walkę, a szpitalowi posługę.
- Zresztą co tam Martynicos, Wenclaus się nie zgodzi. On jest naczelnym chirurgiem, to on podejmuje wszelkie decyzje w sprawach swojej klienteli, nie zapominaj o tym – zauważył major.
- Kto tu dowodzi? On? Czy ja? - spytał, rzecz jasna w swoim mniemaniu, retorycznie, podpułkownik.
- Rahvel – zwrócił się do Trintego patrząc mu w oczy major – ty rządzisz na polu walki. W szpitalu głównym dowódcą jest naczelny chirurg, czyli w naszym przypadku Wenclaus Saman.
- Pieprzysz. Jak w Pyrrze do szpitala wkroczyli szturmowcy, cały personel medyczny się poddał, a ichni chirurg też był twardy. Ale wymiękł. Wszyscy miękną. Wiesz czemu Wenclaus i cała ta kompania w kitlach poszła na chirurgów? Bo za słabi są na żołnierkę. Wymiękają jak przychodzi co do czego. Ot co!

* * *

Wenclaus nie wymiękał. Ten, którego teraz kroił, dostał odłamkiem w szyję. Starał się wyciągnąć część pocisku, nim będzie za późno. Nie miał narzędzi, wyciągał palcami.
- Dajcie mi tu kogoś z ogłupiaczem! - ryknął w stronę sali.
Po chwili przybiegł jakiś młody sanitariusz, którego naczelny chirurg nawet nie znał z imienia, niosąc pudełko z ampułkami pełnymi ogłupiacza. Wenclaus sięgnął za pasek i wyciągnął strzykawkę. Polecił napełnić ją piętnastoma mililitrami substancji. Napełnioną już wziął od chłopaka, przelotne spojrzenie pozwoliło mu ocenić, że ten wlał za dużo substancji. Nacisnął delikatnie, nadmiar ogłupiacza wytrysnął poza strzykawkę, potem energicznym ruchem wbił igłę w ranę gwardzisty, wyciągając z niej palce. Strumyczek krwi polał się po podłodze, ale było po wszystkim. Ogłupiacz nie dość, że pozbawił gwardzistę przytomności, to zatamował krwotok.
- Igła z nicą – poprosił, a właściwie wydał polecenie Saman.
Sanitariusz pospiesznie podał chirurgowi to, czego żądał. Wenclaus z niewiarygodną wręcz wprawą pozszywał gwardzistę. To, co zostało, zerwał szybkim szarpnięciem.
- Ilu jeszcze? - spytał, wycierając twarz i ręce w fartuch, który rudy był już od krwi i potu.
- Z chwili na chwilę coraz więcej, sir – wyznał młodzieniec.
- Niech by to zara...- ale zreflektował się momentalnie, wszak medykowi nie wypada. - Niech to szlag! - poprawił się. Zrazu też ruszył w stronę głównego holu, w którym kładziono rannych, dla których nie starczało już miejsca na łóżkach.
- Są też rozkazy od podpułkownika Trintego – powiedział sanitariusz.
- Mianowicie? - spytał medyk zatykając palcem prawą dziurkę nosa. Smarknął w fartuch i wtarł w niego gila. Sanitariusz, mimo wielkiego szacunku, jakim darzył naczelnego chirurga, mimowolnie wzdrygnął się. Słyszał wiele różnych, niekiedy dziwnych, historii o Samanie, ale nie sądził, by tak szybko mógł przekonać się o ich prawdziwości.
- Mianowicie podpułkownik nakazuje wam przyjmować tylko tych, którzy mają szansę na przeżycie i szybki powrót do walki. Inni mają być zostawiani poza szpitalem, gdzie czeka ich rozstrzelanie.
- Czy on postradał zmysły? Łącz mnie z nim, byle szybko! - rozkazał. Po chwili też sanitariusz przybiegł z komunikatorem. Doktor wybrał numer Trintego. Poczekał. Gdy podpułkownik się zgłosił, zaczął mówić.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz? Jestem medykiem! Składałem przysięgę bronienia życia poddanych Imperatora! Wiesz gdzie możesz sobie wsadzić swoje rozkazy?!
- O co taki krzyk, panie Saman? - spytał spokojnie Trinte.
- O co, kurwa, taki krzyk? O życie ludzkie, kurwa twoja mać!, panie Trinte! I o zamach na nie, które pan ma zamiar popełnić! Nie zgodzę się na to, choćbym własnym ciałem miał bronić tych ludzi przed pańskimi żołnierzami!
- Waż słowa, medyku – zagroził Trinte. - Uważaj, by jak przyjdzie co do czego, nie okazało się, że rzucasz słowa na wiatr. Bo czy przysięga takiego człowieka jest cokolwiek warta?
- Żegnam, Trinte. Nie mam zamiaru wysłuchiwać pańskich pogróżek. Nie ośmieli się pan targnąć na życie naczelnego chirurga regimentu praskiego.
I rozłączył się.
- Co pan zamierza, doktorze? - przerwał milczenie sanitariusz.
- To, co przysięgałem. Leczyć ludzi. Ratować życie wyznawców Imperatora. Służyć Świętej Terrze.
- Przynieśli jakiegoś sierżanta, ma ciężkie obrażenia z bezpośredniego starcia. Nie obędzie się bez bioniki. Na stół?
- Na stół. Wezwij jeszcze dwóch sanitariuszy. Ja idę się przygotować. Niech któryś z chirurgów starszych stopniem wyda wam potrzebne “części”. Powiedzcie, że ja was przysyłam. Poproszą was o hasło... pamiętasz oczywiście przysięgę?
- Oczywiście.
- Powiesz mu zatem czwarty punkt przysięgi używając wysokiego gotyku. Będziesz pamiętał?
- Tak, doktorze.
- Będę was czekał na sali operacyjnej. Niech prowadzi was Imperator.

* * *

Sierżant skitarii zgiął serwomotory, uchylił się przed ciosem wyprowadzonym z boku, podhaczył heretyka, który go zaatakował. Następnie zaczął go okładać bionicznymi ramionami. Każdy cios, który spadał na klatkę piersiową zdrajcy, niszczył tkanki, łamał kości. Gdy połamane żebra zapadły się do środka, dowódca wojsk Mechanicznych rozwalił swojemu, martwemu już, przeciwnikowi czaszkę. Wstał, strzepnął ruchem ręki kawałki mózgu, które oblepiły jego uniform i ruszył ku kolejnemu przeciwnikowi. Wypruł w niego serię z boltera. Heretyk zwinął się powalając przy okazji swojego kompana. Celny strzał skitarii pozbawił go życia. W słuchawce rozległ się nagle głos Kapłana Maszyny, który dowodził siłami Adeptus Mechanicus, Hierronimussa Vladeur'a:
- Sierżancie Haablenheim, zbierzcie swoich ludzi i wracajcie w tej chwili do miasta!
- O Wielki, walka nie jest jeszcze skończona!
- Wracajcie natychmiast, Haablenheim! Heretycy szturmują kaplicę Boga Maszyny!
- Będziemy tam co sił w serwomotorach! - przysiągł sierżant. - Odwrót! - zawołał na swoich żołnierzy. - Do miasta, wszyscy, którzy noszą w sercu Omnissiaha, do miasta!
Po chwili wszyscy skitarii byli już w obrębie murów miejskich, biegli do kaplicy. Haablenheim prowadził oddziały. Tupot mechanicznych stóp, zgrzytanie ocierających się o siebie metalowych rąk i nóg, świst z jakim wysuwały się i chowały soczewki służące co poniektórym skitarii za oczy, szczęk wymienianych w pośpiechu magazynków, przeładowywanych bolterów, zakładanych bagnetów, to wszystko przyciągało uwagę stojących na pomostach czy biegających po trasie przemarszu wojsk Mechanicznych. Haablenheim wyostrzył sobie maksymalnie obraz, toteż z dużej odległości zauważył, że drzwi do kaplicy są wyłamane. Ponaglił swoich żołnierzy, a sam wyrwał do przodu nie patrząc na innych. W biegu podniósł z ziemi porzucony przez właściciela miecz łańcuchowy, chwycił bolter w jedną rękę. Gdy dobiegł do kaplicy, przeskoczył przez resztki drzwi i rzucił się na renegatów, którzy walczyli przy ołtarzu z kapłanami maszyny, serwitorami oraz tymi skitarii, którzy zostali do ochrony Mechanicznych. Sierżant przestrzelił jednemu kultyście klatkę piersiową, drugiego postrzelił w nogę i pchnął bagnetem między żebra. Wykonał młynek mieczem odcinając kolejnemu napastnikowi rękę przy samym barku i strącając jego głowę z ramion. Widział jak serwitor bitewny zwala jednego z napastników ciosem najeżonej kolcami rękawicy w plecy, poprawiając niepretensjonalnym kopniakiem w samiutką rzyć. Haablenheim strzelił mu w głowę. Trafił bezbłędnie. Po chwili zaczęli pojawiać się inni skitarii. Rozpoczęła się regularna kanonada z bolterów. Kultyści nie mieli żadnych szans w walce na dystans, ponieważ ich karabiny laserowe nijak nie mogły równać się z bolterami wspomaganymi przez bezbłędną bionikę Sług Marsa. Ci, którym udało się dobiec do walki wręcz ginęli od bagnetów czy pięści z najtwardszych metali. Mimo strat po stronie Mechanicznych, walki w kaplicy zakończyły się sukcesem Imperium. Niestety, nie wszędzie było tak wspaniale....

* * *

Porucznik Tchimov siłował się właśnie z heretykiem, któremu udało się wedrzeć na mury miasta. Prażanin kopniakiem strącił go z siebie, ciosem łokciem w brzuch sprawił, że ten zwinął się w kłębek. Strzał z pistoletu laserowego sprawił, że kultysta dokonał i tak nic nie wartego żywota.
- Bagnety! - zakomenderował porucznik, widząc, że po podstawionych drabinach zaczynają wspinać się kolejni kultyści. - Zasypcie ich granatami!
Po chwili wszyscy, nie związani jeszcze w walce, Prażanie zaczęli rzucać w dół granaty odłamkowe. Grad fragów strącił heretyków z drabin, ci którzy mieli nieszczęście spaść na bagnety i miecze swoich kamratów skonali.
Tchimov dobył miecza łańcuchowego, który dotąd dyndał mu przytroczony do pasa. Czekał modląc się do Imperatora o opiekę i pomyślność. Zgodnie ze wcześniejszymi rozkazami, gwardziści odpychali podstawiane nonstop drabiny, choć było to dosłownie odwlekaniem nieuniknionego – w miejsce jednej odbitej od murów drabiny pojawiały się dwie następne. A potem coś gruchnęło. I zrobiło się diablo ciemno.


:: autor: Uldor :: artykuł przeczytało dotąd: 2044 osób

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować. Zarejestruj lub zaloguj się
   40K.pl © 2006 by orth | engine: PN | support min.: IE5.0 800x600
   Wszelkie prawa do zawartości, kodu i interfejsu serwisu zastrzeżone.
   Logotypy oraz materiały identyfikacyjne produktów linii wydawniczej Warhammer są własnością ich twórców
   gamesworkshop.com | blackindustries.com | blacklibrary.com | copcorp.pl
   zobacz także: Zamek Drachenfels | Fabularny.net





 realizacja:
 orth.com.pl

:: zegarki-i.pl | :: pieluchy dla dzieci

  40K.pl Poleca!